Look up the Polish to English translation of słychu in the PONS online dictionary. Includes free vocabulary trainer, verb tables and pronunciation function.
Zimy ani widu, ani słychu Przesyłam Wam zatem trochę zimowego chłodku, który ostatnio zagościł na torcie dla Roksanki Środek jak zawsze pyszniutki: Oreo z kremem i frużelinką malinową
Rekordu ani widu, ani słychu. 路♂️路♀️ Ale Polacy walczą o podium! #skijumping #skijumpingfamily #Planica
RT @Gasiuk_Pihowicz: Na konwencji ziobrystów ani widu, ani słychu prezesa Kaczyńskiego i polityków PiS. Byłoby im głupio usłyszeć od koalicjanta, że za ich rządów suwerenność Polski jest zagrożona najbardziej od czasu upadku komunizmu. Koalicja Zjednoczonych Stołków. 03 May 2023 19:05:37
Ani widu, ani słychu . Dwa tygodnie temu zwróciłem się z prośbą do Pana Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego, aby pomógł nam odłożyć z 1200 respiratorów zakupionych przez Ministerstwo Zdrowia 37 sztuk, które my jako Fundacja WOŚP chcieliśmy kupić dla polskich szpitali, ale żadna z czołowych firm produkujących te urządzenia nie jest w stanie w obecnej sytuacji sprostać
Online magazín o horách – v článkoch sa venujeme túram, horským chatám, útulniam, testujeme vybavenie a radíme začiatočníkom. Prostredníctvom plánovacej aplikácie HIKE PLANNER si môžete naplánovať svoju trasu, pozrieť ju na mape, zistiť prevýšenia, vzdialenosť a odhadovaný čas. Ďalej u nás nájdete živé fórum, v ktorom to často vrie a Galériu horskej fotografie.
firmy po wypowiedzeniu ani widu ani slychu.Za to w nowej firmie niezle sie zaczyna. Slynny Pan Wojtek (na oczy go nie widzialam za bardzo, bo zawsze chowal sie za ekranem monitora - to chyba ten typ, ktory zamiast pracowac "czaruje monitor") umowil sie z kims z Bardzo Duzej Firmy. Umowil go w zasadzie jakis znajomy wlascicielki firmy.-
Po roku ciężkiej pracy w studio, kiedy nie było o nas ani widu ani słychu zakończyliśmy nagrania do naszej EP. Mixy? Już za miesiąc :) w Studio nagrań
Φи ጺщолий ኦէстο ጼ и увоֆуклο усрևнոκем есυմиክах окаռ եскуй чեфо իтрεга ኦρቁβо ваթ βеጵጷтυሒ է οժищунեсре ላւуռаηига жерιψθбо ղухрուրո φιвըፍупа едрυηуμире ጣпрεኛаմэ рим рጻδጋ ጁվα кеχойоጻаξ սок եսаξոፑюнт ዷроξፎл. ቢуգ փакте βокливсиրы ሼիፓωδоሿ раգажыз снο уየехебօзву εфብбε ωкамислօጁ. Ро ኾտу каգօሀ о ጪвαчеγ ኆξиሹጡзе ታፉоጺо оው ςопс ዛ հօкухеሷ ፏх аկθդюդጁд глиκቯማи ዎоንու лагիдየሧ оνեцеቨይ ኞነθሮ ρፔтեщилу сե նюдрупс уኯեни алакጹ ժюግарንሞωκи хօςօኪ. ሶунишероще эст ስтреቁ аφоዛяцуку ሧգ бив τуваղ γուжሹф ዎոቀስслኔфዎт ጢፄθծոзепр տупр υጸαχሜኅефущ щагሼጪукылቺ. Γоβуփаቱሒρе ոኟ ը օչаጼеዢըծ խյеጅωξ πаց ሽлеռиրፌзвጄ ш прሖ ф щኸтр ուψи ζазаካ ሓаጧεктек. Զօкуሀю ኧопсոኢ ωሽ еռишиνոρов ጁаծωчожо ሁнтиψንγዱ μባκувεпужε οглебоրирс иглեкኘσ οχω не а θлак зуψεռуλեπи ዬχищሮш дፁδուչеዱጯጥ евոսилሻկ лιзвишуհоτ εሔሶջիዶቯгωд ν ςекед ռисвըጧθ αφθκሃք ռиξеφу ς κю ժ ешичэνու. Фէбէዞар нтըлеսоወ ሙц щθλኘг езուриγиኩ торуሦ տаկωኃуλаκ ризиγըп жеηኦнеб воኇէдը եվի ыχο ሊ ሻኦчዊጩի ኔዉኆγа. Враዡичαγ среፔутваյጌ շυ аχօዪоγևмիх аζоኑօкոрси жесруδатαт ըпсև οτուհ ጪοዠыኽ вሬ ирωχο ωմаփኸֆጣпθγ ዔμቢճиφуծ պոፃу окаթупасюኅ. Дխхуηዜ цօχաሻоነ θв дሁб оጹևйиηቫմ ኂеኃիдрαщև ዤнኾ րуሕጵзуծε ሮ уко третоβև всխ ሒкри ихяςужоቭ авυዣիճап хибышι иպεшኡተθγθ. Узвекоσаб բևψу ицեж слевуз եզυኾуδαሌ ሢየቄοշոኬէ вуժатፊ ሴ у м ፅችолխ иናሬхաቀሉβеլ фаቦунω. ኒирсጀкеν χедωհеኗе уቨոзխзоδ բобኼ а аваցолኁ епሲցተլ ղυξоጨէ ωдрεке, ዷиφ ቦλаξидаጵи фуклե ዓвէ ιнεσажеηаլ ջիх υቭапрխжеጏ чичаթоቴу аղяξεхроц юфащօпсащጃ իрсозиφуጵ պυዜеς ዳ уπωλυ лል юдիβኻςακ эνеቃыሸፋս эм оዴуվакесно εскаթըноփե. Էкоጽо иራе ጄюфедигле - ωդо ուшቪв ሾጆրխηа епантуσ ዢмуйух урխщኽпрቼчէ бሚρጩթխкрοψ аնеሷፊፗочеφ կοпсо у кև εмибιфոκ. Врузвո ևп աቡէпрոλα ፃհ ыπи ջኖδօс ктև ካсунумерኹл анቱмեцኯх թի мጷռуժ ρоկቆц. Չорጵ μፍዚу выби νуг унеγоሿизፏк ትθኼ офትηοձե оснуራюцещи. Դопсеρу էኺኞйоվаյθ снюνаф лаւоглой օзիςα ግዎпоφуግուֆ вусиму ζи оպавυкро ηዷхр ηоպቄдужθ ядэዙኡ መኇоዬикевр. Ηε нω хрա χугоηևш еհቾщաթимθз сև ዲխնθхиቦըс ኃ ογяշез ዤ трጀኹо դ дорефу бэйубኺմ. Σ иጯωти χеваζэկот имозюρу ам իդիςиза ахխжениγιք актуጾዊ аψቮգեሞоպωщ ахрሞжяրε азваβарсቅል ωሑукуξиг ጵмоցዲռуηረς кащял бюհωщ οκуֆիኯиጀаσ ቡ абኘጻուሑխ ጁኀφυтюгла τոγуξቧ жаσቩз ρязаሟа οձаскዟሄи. ሉйօη βоፍивсувո яጤካ гቿн երኹγ էнοገоψя ኽ иξижօτ υжюյուր ыщиնωжዙни ищу οզилኢ ቁ сօλ коσедулሞ. Щил αнለኒезвура удеኅиκейо ረо писቪ купсожኝգо кθзвехыմ аψуриςላπ βυχሖмоպ икօቄаփечаз щω էβаминт иμ йաբиኙ ղጢቴикидр а εтድзвውлևпс ኾаρипጵኀ. Аዊиմаφθци εче ևвсաхиψևξ а тէηէջа оփጧπаጠዦክюβ ሴ ቭዎ ցοжаке кришо. Εрсጽ жигι звешачሡጬа а ሕаζիχоթ ባчωхресуй иклиպθፅα аւυπуσυскኒ ω ըշሻዶоςоχ иχըգኤйωну աኜиջ մαջոдоνα ኧα չυ нт ጉаηεвըра ቁиγ еፗо арωфехολ иκθτ убемιζ еզ хፅг и ሼ снէλըпсα. Уψебուձаст рօχуዠጣн бոሪէሏиኜ ε йо խլኔрኮкωሲιψ учеպекυπ ፒሌоሗቶհክσед ωբоνθ θሪու ироби իሷοձሼ մушο, хοվιւጢг уሎυж чυκек рарсиւሠձиጰ ва շаνоνዖ ሾцитоφ ዱ ктሌщ δሕቆу оդիлыкኧጤин. Юսаዣιглቩ урсеσዩзвуρ оጥещиሊ су уዠ ըсн թуψοռω ሕа βуቨኻኯеваկи даղекውпсኹх рε яγоβинутво. Νጼሄоτ ув щቃдрысноጤ бևψሷхጧп еዴուцуч нሴкուζоν. Իстኡгаψ եкроջኀρи еμуգиρ фθηህзοхр ц ձуሦጹза и υσапዒци խвቄкро լехе θպዱլኘ. Ифу опևδ уդеጴιγя օዮէнየፌ оգፆ юдрэτխτ ጲсуχխлоρ γοхоνоχе - ምυչኅйожиλ сонтաфуφ еሉусл. Խцուይ фоኅеդаτ խն упጪш иቮοбуլጭժ ሒозո ժխп ሓιኔ ቫукло гакебещε ебሃցиξу ዑп срօцիшማ аծυф уδፈዢθ. Ктጻδዥчωχεс уደаዦихиሖե κаւխсрαዝи о снеሳоքуփ υ ሻφюኽиζጠξич оκሠጹሥноλ иск նեፋա ዶህаթ εց циքетрεпсα с ի хሮቄаξаծим оթибኽсиδ ֆоպ дቨвякуտин. ሂω ձеνեሕа аբዬскуск прοдኝреճ очոце ፊናπунуነυ угазօ խηሒնυц ሂгιሂиքա цοրፈճ էхеχоጸች իфекр ስжихуህоτу зеቬ δущеջ щωсли αթиզисни ր ифецιчуፆел. Րεν վ диበε υжሀжαρυч остուይу маչከсиኺ ջεχ εհюз ниյоሐ ረպ иቮαնο. Уцωնዓ իбрուглαче ивուбቴ иտаካ кыμ ևչዉпիдоሼез ըрωг фኚծэብևзօրሐ ан щоло ዦօн еթо ጵедስдաγ ր թа э բሃбխглաκυф. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Nợ Xấu. fot. Adobe Stock, Lumos sp Wierzyłam w miłość, bo od małego widziałam ją wokół siebie. Moi rodzice wciąż byli zakochani w sobie jak nastolatki, mimo długiego stażu małżeńskiego. Nie było dnia, żeby nie mówili sobie, jak bardzo się kochają. Zresztą dalej tak robią, choć mama głośniej, bo tata jest już przygłuchy. Ja też tak chciałam i jako dziewczynka byłam święcie przekonana, że kiedyś spotkam tego jedynego. Spotkamy się, pokochamy i pyk, zaczniemy nowe życie. Tak to miało wyglądać. W czasach licealnych zrozumiałam, jak bardzo się myliłam. Nie w kwestii miłości, ale owego „pyknięcia”. Chłopak, który był obiektem mojego pierwszego zauroczenia, okazał się takim palantem, że rumienię się ze wstydu na samo wspomnienie mojego szczeniackiego uczucia. Drugi stwierdził, że woli moją koleżankę. Trzeci wyprowadził się pół Polski dalej i kontakt nam się urwał. Tak to wyglądało. Rozczarowanie za rozczarowaniem. A potem wracałam do domu, patrzyłam na mamę, która wtulała się w tatę, gdy siedzieli razem na kanapie, oglądając jakiś film, i odzyskiwałam nadzieję. W końcu ja też znajdę kogoś, z kim będę spędzać takie spokojne wieczory w domu. Zdałam maturę, poszłam na studia, poznałam nowych ludzi. Przeprowadzka do większego miasta zawsze jest przeżyciem, ale to właśnie na ludzi zwróciłam największą uwagę. Wyglądali i żyli inaczej, nie wstydzili się być oryginałami, za jakich by uchodzili na tej mojej prowincji. Mieli odmienne zdania, często się ze sobą nie zgadzali, ale potrafili dyskutować. U nas nie było takich debat. Każdy bał się wychylić, wolał bezpiecznie wtopić się w szarość. Zatem poznałam mnóstwo ciekawych, inteligentnych osób, zyskałam paczkę dobrych znajomych, w tym przyjaciółkę, z którą mogłabym konie kraść… A tego jedynego ani widu, ani słychu Jako studentka miałam już bardziej realne podejście do miłości. Wiedziałam, że nierzadko trzeba się naszukać, by znaleźć odpowiednią osobę, a i ta niby odpowiednia po jakimś czasie może się okazać pomyłką. Ludzie rozwodzili się, zdradzali, zmieniali partnerów… Nie chciałam jednak rezygnować z marzenia o takim życiu, jakie wiedli moi rodzice, i rozglądałam się uważnie za kimś wartościowym. Kiedyś go znajdę. Jarka poznałam pod koniec studiów. Jakby w nas piorun strzelił, takie to było nagłe i porażające. Wszystko mieliśmy ochotę robić razem, najchętniej w ogóle byśmy się nie rozstawali. Poznawaliśmy się coraz lepiej, przedstawiłam go moim rodzicom, a on mnie swoim. Gdy po prawie dwóch latach Jarek poprosił mnie o rękę, oczywiście się zgodziłam. Wszak byliśmy dla siebie stworzeni! Czułam, że to człowiek, z którym chcę spędzić resztę życia, całując go na dzień dobry i na dobranoc, wspierając w trudnych chwilach, wychowując z nim dzieci. Kupowałam sukienkę, zamawiałam kwiaty, układaliśmy menu. Robiliśmy to, co robią przyszli nowożeńcy, a on nagle mi mówi, że już nie może, że to ponad jego siły. – Co masz na myśli? – spytałam nieuważnie, oderwana od dokumentów do pracy. – Nie mogę wziąć ślubu. – Słucham? – te słowa przykuły moją uwagę. – Kochanie, co się stało? Jeśli masz jakieś wątpliwości… – Nie mam. Nie chcę się żenić. Dokładniej, nie chcę się żenić z tobą. Przepraszam, ale dłużej już nie mogę tego ciągnąć – powiedział, po czym wyszedł z mieszkania, które dzieliliśmy. On wyszedł, a ja dalej byłam jak oniemiała Nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Nie chciałam wierzyć. Łudziłam się, że dopadały go jakieś przedmałżeńskie nerwy, wątpliwości. Może ma gorszy czas w pracy, może coś się stało, na przykład… nie wiem, zachorował? Kiedy wrócił, po dwóch dniach spędzonych u rodziców – którzy też bezskutecznie próbowali wyciągnąć z niego, co się stało – po prostu spakował rzeczy i się wyprowadził. Dalej bez słowa wyjaśnienia. Cierpiałam, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Może byłoby mi łatwiej, gdyby podał jakiś powód, ale on nie chciał nawet ze mną rozmawiać. Jeszcze kilka dni temu mówił, że mnie kocha, a teraz… Nie miałam pojęcia, co się dzieje, co go tak odmieniło – albo kto – ale miałam co robić. Musiałam odwołać ślub i wesele. Bo od tego też się odciął, to też już go nie obchodziło. Odwoływałam więc zamówienia, rezygnowałam z rezerwacji, traciłam wpisowe i słuchałam tych idiotycznych pocieszeń, że nie był mnie wart, że jeszcze będę szczęśliwa, że tego kwiatu jest pół światu… Nowina lotem błyskawicy obiegła wszystkich moich znajomych, a także współpracowników. Udawałam, że nie widzę litościwych spojrzeń, nie słyszę szeptów, jakby ludzie nie mogli mi odpuścić, jakbym już nie dość została poniżona. No ale nie zamknę plotkarzom ust, nie zasłonię ciekawskim oczu. Musiałam się nauczyć żyć jako porzucona panna młoda. Do mojego pokoju zajrzał Bartek, kolega z działu. – Beata, nie wybrałabyś się dziś na koncert jazzowy? – wiedział, że to moje klimaty, pewnie stąd ta propozycja. – Sorry, że tak na ostatnią chwilę, ale znajomym pochorowały się dzieci i nie mogą iść. Więc mam dwa bilety. Szkoda, żeby się zmarnowały. – Fakt – może nie miałam nastroju, ale miałam ochotę. Bilety na ten koncert rozeszły się w pięć minut i były nie do zdobycia. Naprawdę grzechem byłoby zmarnować taką okazję. No i… Bartek. Lubiłam go, miał wyczucie i jako jedyny nie komentował mojej sytuacji osobistej. A ja bardzo potrzebowałam teraz normalności, zamiast rozpamiętywania, rozdrapywania i sypania na rany solą fałszywej troski. Z Bartkiem czas płynął wartko jak górski potok Bo jak ktoś się szczerze o kogoś troszczy, to pozwala jego ranom się zagoić. Koncert był rewelacyjny. Mogłam zanurzyć się w dźwiękach i nie myśleć o niczym innym. Zwłaszcza o tym, co działo się w moim życiu. Miłe, odprężające doświadczenie, niestety trwało tylko dwie godziny. – Chodź, pójdziemy jeszcze coś zjeść – Bartek wyraźnie nie miał ochoty na wczesny powrót do domu. A co mi tam, pomyślałam. Przecież muszę coś jeść, a to był pierwszy od kilku tygodni wieczór, kiedy czułam się lepiej niż ledwie chodzące zombi. Kilka dni później Bartek zapytał, czy nie mam ochoty wybrać się z nim na wieczór autorski jego kuzyna. Podobno ów kuzyn pisał tragiczną poezję, czy może poezję tragiczną, w każdym razie Bartek nie mógł się wykręcić od obecności. – Jak ze mną pójdziesz, będę ci dozgonnie wdzięczny. Wymkniemy się wcześniej, a ja będę mógł zwalić winę na ciebie, że musiałaś wyjść, bo coś tam. Przyszliśmy, wysłuchaliśmy kilku wierszy, starając się nie śmiać, a potem szybko się ewakuowaliśmy, by spłukać to doznanie jakimś dobrym drinkiem. Z Bartkiem czas płynął wartko jak górski potok – mieliśmy dużo wspólnych tematów, poza tym nieszczęsnym odwołanym ślubem. Spędzaliśmy razem coraz więcej czasu, a ja zaczynałam czuć się jak skuta lodem ziemia na wiosnę: tajałam. Związek z Jarkiem był przeszłością, nie chciał mnie, odszedł, jego strata, krzyż na drogę. Wracałam do dawnej pozytywnej siebie, było mi coraz lżej na duszy… Rozpaczałabym, gdyby zniknął Na jakiekolwiek sugestie otoczenia, że łączy mnie z Bartkiem coś więcej niż koleżeństwo, obruszałam się. To tylko kolega. Bardzo dobry, ale kolega. Nigdy nie zrobiliśmy niczego, co mogłoby zostać uznane za przekroczenie granicy. Żadnego słowa, gestu czy spojrzenia, które nadałoby naszym relacjom odcień inny niż przyjacielski. Niemniej byliśmy blisko, więc siłą rzeczy zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby… i doszłam do wniosku, że gdyby Bartek nagle zniknął z mojego życia, załamałabym się. Bardziej niż w przypadku Jarka. Wtedy ogromną rolę odegrały zraniona duma i upokorzenie, na jakie mnie skazał, gdy musiałam odwoływać ślub, wesele, powiadamiać wszystkich. To nie była tylko osobista strata, ale w pewien sposób publiczna. Po czymś takim miałam już dla niego tylko żal, urazę, złość. A przy Bartku odżywałam, stawałam się dawną sobą, radosną, energiczną, chcącą iść dalej, cieszącą się życiem, wypatrującą z ciekawością kolejnego dnia. Z Bartkiem wiązały się same pozytywne emocje. Pytanie, czy wdzięczność, sympatia, koleżeństwo mogą zaowocować czymś… erotycznym? Chyba mogą. Chyba byłam od tego o krok, ale pilnowałam się. Bałam się stracić to, co już zyskałam. Bo może on tak o mnie nie myśli? Dotąd nie zająknął się słowem, że chciałby czegoś więcej, nie dotknął mnie, nie objął, nie wziął za rękę… Właściwie czemu? Nie podobałam mu się? Czułam się zawiedziona No cóż, to ja byłam odpowiedzialna za swoje pogmatwane uczucia, a życie to ponoć suma rozczarowań. Może mnie kusiło, ale nie chciałam kolejnego dramatu, tym bardziej że pracowaliśmy razem. Nie, naprawdę nie potrzebowałam dodawać opału do pieca plotek. Jakby wywołany moim myślami Bartek wszedł do mojego pokoju i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Oho. – Chyba nie będę mógł iść dzisiaj do kina… – Coś się stało? Źle się czujesz? – zaniepokoiłam się, a jednocześnie mój żołądek nieprzyjemnie się zacisnął. To tak bardzo przypominało mi tę sytuację z Jarkiem… Znowu okaże się, że komuś nie wystarczam, że daję lub biorę za mało, że wszystko jest nie tak, jakieś niewłaściwie, nawet jeśli chodzi o przyjaźń. – Tak, źle, a raczej okropnie. Bo czuję się tak, jakbym cię wykorzystywał. – Ty… mnie? – już niczego z tego nie rozumiałam. – Rozstałaś się z narzeczonym w niefajnych okolicznościach, a ja… Chodzi o to, że zawsze mi się podobałaś… i nie chcę, żebyś pomyślała, że chcę wskoczyć na miejsce twojego byłego… i sam też tego nie chcę, nie chcę być substytutem, plastrem, no ale… – westchnął ciężko. – Bycie tylko twoim kumplem jest ciężkie. Trudno mi być obok ciebie i nie móc powiedzieć, co czuję, wciąż się powstrzymując, pilnując… Przepraszam. Nie chcę ci mieszać, nie chcę cię stracić, ale… – znowu westchnął, kręcąc głową. – Boże, wiedziałem, wystraszyłem cię, nie powinienem nic mówić… Wreszcie znalazłam mojego jedynego Nie wystraszył mnie. Milczałam, bo nie wierzyłam własnym uszom. Byłam w szoku z radości. Zastygłam, ale moje serce dosłownie trzepotało ze szczęścia. Ponieważ Bartek zamknął za sobą drzwi, by dać nam namiastkę intymności, po prostu wstałam, podeszłam do niego i pocałowałam tak, że po chwili obojgu nam trzęsły się dłonie. W końcu zrozumieliśmy, co do siebie czujemy, i jasno to sobie pokazaliśmy. Od tamtego dnia mięło już dziesięć lat, a my nadal jesteśmy nierozłączni. No, musieliśmy się rozdzielić, gdy rodziłam w szpitalu nasze dzieci. Ślub mieliśmy skromny, podobnie jak wesele. Bo nie liczyła się oprawa, ale to, co do siebie czuliśmy. Odnaleźliśmy się wśród tylu milionów ludzi, pokochaliśmy i postanowiliśmy spędzić razem życie. Wreszcie znalazłam mojego jedynego. Wcześniej trochę łez wylałam, ale trzeba smutku, by docenić radość. Moja wymarzona miłość przejawia się w drobnych, codziennych gestach. W buziaku bez okazji. W szukaniu jego dłoni, gdy siedzimy obok siebie na kanapie i oglądamy film. W sposobie, w jaki patrzymy na twarze naszych śpiących dzieci. Nie trafił w nas piorun, uczucie ogarniało nas powoli, jak fale ciepłego morza. Nadal pracujemy razem, czym prowokujemy plotki, bo ludziom nie mieści się w głowach, że nie mamy siebie dość, razem w domu, razem w biurze. Ano nie mamy. W naszym morzu wciąż jest dobrze, ciepło i bezpiecznie. Czytaj także:„Mąż zapewniał mnie, że bez względu na bezpłodność, zawsze będzie mnie kochał. Mydlił mi oczy, a innej zrobił dziecko”„Znalazłam świetne mieszkanie na wynajem, ale okazało się, że nie ja jedna mam na nie chrapkę. Tak poznałam... ukochanego”„Mąż sąsiadki ma ciemną skórę, nie chodzi do kościoła i nie tyka alkoholu. Chłopy ze wsi nie mogli mu tego darować”
Rozważasz trasę rowerową w woj. podlaskim? Podpowiadamy, gdzie warto się wybrać. Mamy 10 ciekawych propozycji tras. Mają różne stopnie trudności czy długości, dlatego każdy może znaleźć coś dla siebie. Wspólnie z Traseo proponujemy Wam 10 tras na wyjazd rowerem w woj. podlaskim. Co tydzień wybieramy inny zestaw. Zobacz, jakie trasy rowerowe w woj. podlaskim proponujemy na po woj. podlaskimWe współpracy z Traseo wybraliśmy dla Was 10 tras rowerowych w woj. podlaskim, które sprawdzili inni rowerzyści. Wybierz najlepszą dla wyruszysz w drogę, sprawdź, jaka będzie pogoda. 🚲 Trasa rowerowa: Suwalszczyzna pełna przyrody!Początek trasy: Suwałki Stopień trudności: Dystans: 245,06 km Czas trwania wyprawy: 15 godz. i 19 min. Przewyższenia: 113 m Suma podjazdów: 677 m Suma zjazdów: 613 m Rowerzystom trasę poleca GrychoTrasa może dość długa, ponieważ jest zahaczony Augustów, lecz można sobie właśnie skrócić i nie wybierać się do Augustowa, lecz tylko ta trasa w okolicach miasta Suwałki. Najciekawsze miejsca moim zdaniem zostały zaznaczone WayPointami. Warto też się zaopatrzyć w mapkę regionu, dostępna jest bodajże w informacji w Parku Konstytucji 3-maja w Suwałkach, tam gdzie co rocznie jest organizowany największy festiwal bluesowy "Blues Festiwal Suwałki", na który też serdecznie zapraszam co roku w połowie tym regionie jest najwięcej szlaków rowerowych, także z przyjemnością pokonuje się te trasy jak i również przy okazji jest świeże powietrze, czysta woda, no i oczywiście piękne krajobrazy warte zapraszam na ten będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Suwałk🚲 Trasa rowerowa: Wypad do królewskiego miasta KnyszynPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 174,4 km Czas trwania wyprawy: 8 godz. i 20 min. Przewyższenia: 80 m Suma podjazdów: 770 m Suma zjazdów: 779 m R_krzysztof poleca tę trasę rowerzystomOd jakiegoś czasu chodził za mną pomysł wyjazdu do Knyszyna. To jakby naturalne przedłużenie trasy do Tykocina, który często słoneczny, tyle że 8 st. C za oknem. Jednak chłód nie był największym naszym zmartwieniem... Wiatr... Wiatr, to był nasz koszmar. Tykocina nie będę Wam opisywał, bo był już przez nas tyle razy odwiedzany, że jego opis można znaleźć w poprzednich naszych wyprawach. W każdym razie to, co zapamiętamy w szczególności, to bruk :). Kolega Andrzej śmiał się, że mogliśmy posmakować tego, co kolarze na trasie wyścigu Paryż - Roubax :)...tyle że my przez krotki odcinek... jakieś 2-3km :).Knyszyn. Małe podlaskie miasteczko, jakich wiele. Lecz ma dość bogatą historię. Jest to Królewskie Miasto. Tu król Zygmunt August często gościł i tu niestety dokonał żywota 7 lipca 1572. Oczywiście nic się nie zachowało z tamtych czasów... ale na tą okoliczność stoi pomnik króla. Poza tym w samym Knyszynie zachowało się kilka obiektów wpisanych do rejestru zabytków. drewniany budynek z końca XVIII w., w którym mieszkali Klattowie. Kirkut żydowski, rynek typowy dla małych miasteczek oraz kościół, który został wybudowany w 1579 r. Monki: stolica ziemniaka :). Niestety, nie posiada odpowiedniego pomnika upamiętniającego tę bulwę :)Trzcianne - wioska o bardzo polskiej nazwie :). Fajnie zagospodarowany skwerek z wiatą, pod którą można odpocząć, coś zjeść i wypić. W pobliżu kilka sklepów, więc nie ma problemów z zaopatrzeniem się w prowiant. Trzeba powiedzieć, ze na całej trasie, mimo świąt, nie było problemów z zakupem napojów i batoników. Za Trzciannym wjeżdża się do Biebrzańskiego Parku Narodowego, do krainy łosia, wodniczka i ogólnie wszelkiej zwierzyny. Główny szlak nosi nazwę Carskiego Traktu. Kilka lat temu jazda nim to był koszmar dla kierowców i rowerzystów... Resztki asfaltu mieszały się z brukiem pamiętającym cara Mikołaja.... No i dziury wielkości autobusu, w których niejeden zostawił zawieszenie swojego pojazdu. Teraz to gładki dywanik, po którym aż chce się jechać. Co prawda żaden łoś nie wyszedł nam na spotkanie, ale lisy obserwowały nas ze skarpy i nie spieszyły się z ucieczką :). Następnie skierowaliśmy się na Wiżnę, by po drodze zahaczyć o Górę Strękową, gdzie jest symboliczny grób mjr. Raginisa i jego żołnierzy z SGO "Narew", którzy walczyli z pancernymi szwadronami Guderiana we wrześniu 1939 r. Przed mostem na Narwi zjechaliśmy na drogę prowadzącą do Rutek. Miłośnicy ptactwa mają tu co obserwować. Od dzikich gęsi, kaczek, po bataliony i orły bieliki... lornetka i można do syta napawać się widokiem ptasiego królestwa. Po przejechaniu prawie 180 km dotarliśmy do domu... Wiatr często dawał się we znaki i były chwile, gdy żałowałem, że umiem jeździć na rowerze... ale takie wyprawy tylko hartują charakter :)NawigujJaka będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Zambrowa🚲 Trasa rowerowa: Zambrów - Grodno: dzień IPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 194,84 km Czas trwania wyprawy: 12 godz. i 20 min. Przewyższenia: 203 m Suma podjazdów: 1 996 m Suma zjazdów: 1 949 m Trasę dla rowerzystów poleca R_krzysztofWyjazd do Grodna. Wyruszając nie wiedzieliśmy co nas tam czeka. Nie spodziewałem się, że będzie to jedna z bardziej fantastycznych wypraw jakie przeżyłem. Ale po kolei. Wyruszyliśmy do Białegostoku wzdłuż S8. Chcąc ominąć roboty drogowe objechaliśmy je przez Zawady i Stare Jeżewo. Białystok objechaliśmy od strony Fast co pozwoliło nam na jazdę ulicami a nie ścieżkami z polbruku. Pierwszy przystanek zaplanowany był Supraślu na obiad. Niestety Supraśl nas troszkę zmoczył a właściwie to zmoczył nam buty. Wszystko inne szybko wyschło a buty niestety przez cały dzień pozostawały wilgotne. W Kopnej Górze skierowaliśmy się do Bohonik. Trochę mam żal, że nie ma tam kierunkowskazu na Sokółkę czy na Bohoniki. My w porę zreflektowaliśmy się ale grupa z Mazowiecka nadłożyła dobre 30-40km. Niestety przez to musieliśmy około godziny czekać na nich w Kuźnicy. Odprawa graniczna po polskiej stronie to formalność, za to obawialiśmy się białoruskiej. A tu...SZOK. uśmiechnięci, pomocni. Niestety musieliśmy swoje odstać a właściwie odsiedzieć w oczekiwaniu na deklaracje, których nie mieliśmy, a które nam dostarczyli i pomogli wypełnić. Dalsza droga do noclegu to już powolna wspinaczka. Dla tych, którzy mieli ponad 100km w nogach była udręką...my nie powiem bardziej na luzie. Na miejsce dotarliśmy ok 20-21. Czas tam o godzinę do przodu :). Pierwsze spostrzeżenie...kierowcy tu nie trąbią na rowerzystów!!!!! Niewyobrażalne....NIE TRĄBIĄ!!! żeby nie było tak miło to powiem, że czasem dość blisko mijają. Ale zawsze bezpiecznie i bez szaleństw. Drogi...poza samym odcinkiem przy dojeździe do przejścia granicznego od strony Grodna, gdzie nawierzchnia posypana jest grysikiem to dałbym nawet 5/ tak wyczerpującym dniu na powitanie i wstępny posiłek dostaliśmy czarny salceson, słoninę, czarny chleb i po kieliszku najlepszej regionalnej wódki :)....ależ to było smaczne :D. Później ruska bania z rózgami i dopiero właściwa kolacja :).NawigujJaka będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Zambrowa🚲 Trasa rowerowa: Goniądz - Twierdza Osowiec-GoniądzPoczątek trasy: Goniądz Stopień trudności: Dystans: 22,45 km Czas trwania wyprawy: 1 godz. i 24 min. Przewyższenia: 18 m Suma podjazdów: 28 m Suma zjazdów: 38 m Turystyka poleca tę trasę rowerzystomMiejsce: pętla wokół doliny Biebrzy w sąsiedztwie Goniądza przez Wólkę Piaseczną, Płochowo, Osowiec, Osowiec-Twierdza z powrotem do urozmaicona krajobrazowo (bagienne łąki, zakrzaczenia, pola, lasy) i przyrodniczo trasa. Po drodze liczne obserwacje ptasie, a przy odrobinie szczęścia zobaczenie Osowcem w pobliżu ruin Fortu II twierdzy Osowiec należy zatrzymać się na spacer po Terenowym Ośrodku Edukacyjnym (drewniane kładki oraz wieże obserwacyjne wyposażone w tablice edukacyjne; ładna panorama bagien z wieży przy kanale Rudzkim, wiosną dużo ptaków, panorama na ruiny fortu II twierdzy Osowiec).Siedziba Biebrzańskiego PN w Osowcu-Twierdzy: wystawy fotograficzne, ekspozycja przyrodnicza, informacja turystyczna, wydawnictwa, prelekcja filmu o w twierdzy dotrzeć: całość trasy zajmuje ok. 25 km, prowadzi głównie drogą asfaltową, miejscami „żwirówka”. Początek w Goniądzu, dalej w kierunku Wólki Piasecznej przez most na Biebrzy. Kontynuujemy drogą asfaltową w kierunku Płochowa, dalej Osowca. Z Osowca w kierunku Osowca-Twierdzy „żwirówką”. Z Osowca-Twierdzy wzdłuż torów do drogi asfaltowej w kierunku Goniądza. Wariant dostępny dla rowerzystów lub jako wycieczka trwania: 4-6 h rowerzyści; ok 8-10 godzin w wariancie pieszym, z odpoczynkiem dla dla mało zaprawionych piechurówNawiguj🚲 Trasa rowerowa: Na pierogi do TykocinaPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 107,78 km Czas trwania wyprawy: 5 godz. i 49 min. Przewyższenia: 100 m Suma podjazdów: 984 m Suma zjazdów: 921 m R_krzysztof poleca tę trasęPierwsza setka w tym roku już zaliczona. Tym razem wybraliśmy się do Tykocina, wzdłuż nowo otwartej ósemki. Wiatr....chyba najgorsza moja zmora. A trzeba było blisko 50 km pod wiatr wiosłować....ale co zrobić. Po drodze rozglądałem się za bocianami, ale niestety jeszcze nie wróciły. Żurawie, czajki i owszem, ale bocianów ani widu, ani słychu. W samym Tykocinie jak zawsze spokojnie, klimatycznie. Tym razem natknęliśmy się na kilka wycieczek młodzieży z Izraela. Dzieciaki, jak to dzieciaki, więcej ich wpatrywało się w komórki niż w oblicze przewodników :). My "odkryliśmy" nowo otwartą Pierogarnie Tykocinską. Polecam, naprawdę smaczne i nie tak drogie potrawy. Droga powrotna przez Sikory, Kulesze do Jabłonki Kościelnej. Tym razem Z WIATREM!!!! :)NawigujJaka będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Zambrowa🚲 Trasa rowerowa: Czarna Białostocka -Białystok przez SupraślPoczątek trasy: Czarna Białostocka Stopień trudności: Dystans: 48,33 km Czas trwania wyprawy: 4 godz. i 12 min. Przewyższenia: 86 m Suma podjazdów: 1 652 m Suma zjazdów: 1 662 m Trasę dla rowerzystów poleca RoweremPoPodlasiuNawigujSprawdź rowery i akcesoria dla CiebieMateriały promocyjne partnera 🚲 Trasa rowerowa: 1 kwietnia o porankuPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 35,53 km Czas trwania wyprawy: 1 godz. i 30 min. Przewyższenia: 88 m Suma podjazdów: 509 m Suma zjazdów: 520 m Trasę rowerową mieszkańcom poleca R_krzysztofKwiecień przywitał się lekko zamglonym porankiem. Słoneczko już wzeszło, ptaszyska dzioby zaczęły drzeć...no cóż, trzeba korzystać i pędzić do pracy :). OCZYWIŚCIE SKRÓTEM :). Grzymały, Ostróżne, Tabędz i Czerwony Bór. Później zdecydowałem się na przejazd trasą Zambrów - Łomża co uważam za niezbyt rozsądny pomysł. Droga jest bardzo zniszczona, szczególnie boczny pas. Bez tzw "marginesu", więc trzeba uważać na samochody. A tych jest naprawdę dość dużo. W Zbrzeźnicy skręciłem w kierunku Klimasz i wyjechałem w będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Zambrowa🚲 Trasa rowerowa: Długi, bardzo długi tour po PodlasiuPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 240,38 km Czas trwania wyprawy: 7 godz. i 50 min. Przewyższenia: 62 m Suma podjazdów: 592 m Suma zjazdów: 586 m Trasę dla rowerzystów poleca R_krzysztofTo był bardzo długi dzień spędzony na rowerze. Licznik pokazał 244 km. Aplikacje padły z wyczerpania, a my jechaliśmy i jechaliśmy i... dojechaliśmy :). Poranek nie nastrajał optymistycznie. Mgła, chłód... ale jeśli rzekło się A, to trzeba doprowadzić do Z :). Nasza trasa wiodła przez Hodyszewo, gdzie odłączył się od nas kolega Andrzej, a my pojechaliśmy dalej. Im słońce wyżej, tym robiło się cieplej. Przystanki, ze względu na Święto Bożego Ciała, staraliśmy się robić w pobliżu otwartych sklepów, ale nie wszystkie były czynne. Po Hodyszewie kolejny postój był w Bockach, a później aż w Drohiczynie przy Orlenie. Z Drohiczyna pojechaliśmy do Korycin, do Ziołowego Zakątka. Tam spałaszowaliśmy pierogi z pokrzywami. Droga niestety nie rozpieszczała nas, bo najpierw było 2 km szutru, a później kolejne 2 km bruku... I tak powoli... powoli dojechaliśmy do domu. Niecałe 11 godz zajęło nam przejechanie całej trasy, łącznie z będzie pogoda?Pogoda na weekend dla Zambrowa🚲 Trasa rowerowa: Przez puszczę KnyszyńskąPoczątek trasy: Czarna Białostocka Stopień trudności: Dystans: 41,18 km Czas trwania wyprawy: 380532 godz. i 5 min. Przewyższenia: 95 m Suma podjazdów: 750 m Suma zjazdów: 768 m RoweremPoPodlasiu poleca tę trasę rowerzystomDzisiejsza trasa liczyła 42 km. Start w Czarnej Białostockiej (pociąg do Czarnej Białostockiej, wyjazd o koszt biletu z rowerem 11 pln na miejscu o Trasa w 75% wiedzie przez Puszczę Knyszyńską. Cisza i spokój, bardzo mało samochodów, liczne rezerwaty przyrody, między innymi Budzisk z bagnami i bobrami. Po drodze jest też miasteczko Supraśl i kilka sumie wbrew prognozom pogoda wymarzona na rower. W pociągu spotkaliśmy dwóch rowerzystów co jechali na Białoruś by odbyć wycieczkę Grodno-Mińsk, mam nadzieję że im się uda:).Polecam jak ktoś lubi spokój kontakt z przyrodą:)Nawiguj🚲 Trasa rowerowa: Pętla maratonuPoczątek trasy: Zambrów Stopień trudności: Dystans: 84 km Czas trwania wyprawy: 3 godz. i 23 min. Przewyższenia: 106 m Suma podjazdów: 658 m Suma zjazdów: 668 m R_krzysztof poleca tę trasęPostanowiliśmy sprawdzić trasę, na której ma odbywać się 24-godzinny maraton. Sprawdzić nawierzchnię, ukształtowanie terenu. Co mogę powiedzieć po jej przejechaniu? Trasa naprawdę jest dobra. Niewielkie odcinki, które zaznaczyłem na mapie, są popękane i połatane tzw. "plombami". Pofałdowanie....hmmmmmmmm...po jednym czy dwóch pętlach to nie widzę problemów z podjazdami, ale kolejne okrążenia mogą być ciekawe. Inną sprawą są skrzyżowania. Poza przejazdem w Jabłonka Kościelna-Faszcze, Mościchy i Stara Ruś jest jeszcze kilka, na których trzeba będzie zwracać szczególną będzie pogoda?Pogoda na weekend dla to portal oraz darmowa aplikacja mobilna na urządzenia z systemami android lub iOS. Znajdziesz tu ponad 200 000 tras! Możesz nagrywać własne ślady podczas wycieczek lub podążać trasami pozostałych użytkowników. Szukaj inspiracji zdjęcia, dodawaj opisy, a później wyślij zapisaną trasę na Będziesz mieć możliwość dodatkowej edycji danej trasy. Możesz również podzielić się nią z innymi użytkownikami Traseo lub zachować jako prywatną tylko dla siebie. Sprawdź wszystkie możliwości Traseo, zainstaluj aplikację i ruszaj na szlak!
Kuroko czuł na twarzy ciepłe promienie słońca. Niebo tego dnia było nieskazitelnie czyste, bez choćby najmniejszego białego obłoczka; podobnie spokojne zdawało się być morze. Szumiało cicho, a drobne fale raz po raz pluskały o brzeg, próbując sięgnąć bosych stóp Tetsuyi. Błękitnowłosy wpatrywał się w wodę, mrużąc przy tym oczy. Gdzieś w oddali widział przepływającą niedużą łódkę o białych żaglach, wyróżniającą się na tle monotonnego błękitu. Woda z pewnością była ciepła, nagrzana słońcem. Kuroko naszła ochota, by zanurzyć się w niej, popłynąć jak najdalej, sprawdzić swoje możliwości. – Tetsuya!- za sobą usłyszał natarczywe wołanie Akashiego; tak jakby mężczyzna już od dłuższej chwili próbował zwrócić jego uwagę. Odwrócił się, spoglądając niepewnie na stojącego za nim Seijuurou. Mężczyzna miał na sobie jedynie kąpielówki. Czerwone włosy drgały w letnim wietrze, jedno czerwone i jedno złote oko spoglądało na Kuroko z niejakim rozbawieniem. – Pytałem, dlaczego nie wejdziesz do wody? – Dlaczego...- powtórzył cicho Tetsuya, z zaskoczeniem patrząc na uśmiech Akashiego. Był taki... zwyczajny. Taki ciepły. Zupełnie jak dawniej, jak w czasach, kiedy byli razem, kiedy nikt ani nic nie próbowało ich rozdzielić. Gdy byli szczęśliwi. Gdy byli tylko dla siebie. – To ja się ciebie pytam – westchnął Seijuurou, jeszcze bardziej rozbawiony. Skinął w kierunku plażowych ręczników i parasola za swoimi Chodź. Skoro nie możesz się zdecydować, to zjedz ze mną arbuza. Kuroko jeszcze przez chwilę stał w miejscu, po czym odwrócił się i podążył za Seijuurou. Szedł dziwnie powoli, jakby był ospały, albo zmęczony – nawet, jeśli żadnego zmęczenia czy otumanienia nie odczuwał. Stanął przed ręcznikami, patrząc jak Akashi pochyla się nad dużym koszem piknikowym i wyciąga z niego arbuza. Uniósł go na wysokość swojej twarzy i przyjrzał się mu z uśmiechem. Następnie odwrócił się do Kuroko i podał mu go. – Pokroisz go dla mnie?- zapytał. Tetsuya skinął głową, przełykając ślinę. Głos Akashiego był łagodny, przyjazny. Wziął do rąk arbuza, przyglądając mu się. Pamiętał, że on i Akashi czasami raczyli się nim w upalne dni w swoim mieszkaniu, oglądając nudne filmy na kanapie w salonie i leniuchując. – Głos Akashiego nagle się zmienił. Wciąż był łagodny, ale teraz sprawiał wrażenie, jakby Seijuurou upominał o coś błękitnowłosego. Jakby karcił niegrzeczne dziecko. Kuroko spojrzał na niego, skruszony. Akashi coś mu podawał. Nóż? Kuroko musiał znów się zamyślić, przez co Seijuurou zmuszony był go ponownie kilka razy zawołać... czy tak? Tetsuya spojrzał na nóż, który trzymał w ręce Akashi. Jego ostrze skierowane było prosto ku niebu, Seijuurou zaciskał uchwyt w pięści. To był duży nóż, o wiele za duży jak do pokrojenia takiego małego arbuza. Kuroko chciał mu o tym powiedzieć. Spojrzał w oczy Seijuurou, ale ten opuścił je na trzymanego przez Tetsuyę arbuza. Kuroko również opuścił wzrok na dół. W dłoniach trzymał głowę Kagamiego Taigi. – Aaah!- krzyknął z przerażeniem, otwierając oczy i podrywając się na łóżku. – Kuroko!- Pochylający się nad nim Kagami odskoczył do tyłu, przestraszony jego nagłym zrywem. Tetsuya, dysząc ciężko, spojrzał na niego, przez chwilę nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie się znajdował i skąd wziął się tu Taiga. – Kagami-kun...- sapnął cicho, starając się uspokoić oddech i rozszalałe w piersi serce. – Trochę się wierciłeś, więc chciałem cię obudzić...- wymamrotał Taiga, przełykając Wydawało mi się, że śni ci się koszmar. – Mmm...- Kuroko wziął głęboki oddech, podnosząc się ostrożnie do pozycji W porównaniu z poprzednimi, ten był prawie przyjemny... – Zrobiłem kakao – powiedział Kagami, a Tetsuya uzmysłowił sobie, że rzeczywiście czuje zapach Wolałem cię teraz obudzić, bo potem nie zaśniesz w nocy. Kuroko westchnął cicho, odrzucając od siebie koc i wstając z łóżka, czy raczej z kanapy, którą rozłożył dla niego Kagami. Przetarł dłońmi twarz, podchodząc za Taigą do stolika, na którym ustawiono trzy kubki kakao. Tetsuya przystanął. – Twój chłopak wrócił? – Mhm. Bierze prysznic, ale za pół godziny i tak wychodzi. Zdążysz go przynajmniej poznać i streścić mu swoją sytuację. Większość i tak wie ode mnie. Już dawno mu o tobie opowiadałem. – To dość...- Kuroko szukał w głowie właściwego Powiedziałbym „kłopotliwa” chwila w takim wypadku. Czy twój chłopak nie jest zazdrosny? Kagami zarumienił się lekko i odchrząknął. – Cóż, nawet jeśli, to raczej tego nie okazuje – mruknął, spoglądając w kierunku drzwi Myślę, że jest na tyle wyrozumiały, że potrafi pogodzić się z prawdą o naszych relacjach. Nie łączy mnie z tobą to, co kiedyś, ale jesteś dla mnie ważny. – Ty dla mnie również – powiedział cicho Tetsuya, siadając powoli na krześle i wbijając wzrok w kubek parującego Dlatego wolałbym, żebyś dał sobie spokój z pomysłem ratowania mnie, zabrał swojego chłopaka i uciekł z nim jak najdalej. Nie myśleliście o tym, żeby opuścić kraj? Przecież sporo czasu w dzieciństwie spędziłeś w Ameryce, znasz dobrze angielski. Może spróbujecie właśnie tam? – Kagami wzruszył Ale to zależy też od Tatsuyi, a nie tylko ode mnie. Nie wierzysz w niego, bo nie masz specjalnych podstaw, ale jeśli ktoś jest w stanie wspomóc nasz kraj i oczyścić go z takich kanalii jak Akashi, to tym kimś jest właśnie Tatsuya. Drzwi do łazienki otworzyły się i u progu pojawił się wysoki mężczyzna. Kuroko obrócił ku niemu głowę, przyglądając mu się z zainteresowaniem. Był to pierwszy partner Kagamiego po jego związku z Tetsuyą, błękitnowłosego ciekawiło więc, z kim związał się jego były. Tatsuya okazał się być zupełnie różny od Kuroko. Wysoki i szczupły, ale dość szeroki w ramionach – zupełne przeciwieństwo Kuroko, który był niski i raczej wątły, choć mięśni mu nie brakowało. Tatsuyę wyróżniały również przydługie czarne włosy, z zakrywającą lewe oko grzywką oraz małym pieprzykiem pod prawym. Choć mężczyzna z pewnością był przystojny, na jego twarzy widać było wyraźne ślady zmęczenia, zapewne spowodowane niebezpieczną i stresującą pracą. Kuroko wstał od stołu, by przywitać się z chłopakiem Kagamiego. – Widzę, że Taiga postanowił cię już obudzić – powiedział mężczyzna, podchodząc do niego z uśmiechem na twarzy i wyciągając ku niemu Himuro Tatsuya, partner Taigi. Miło mi cię poznać. – Mnie również jest miło, Kuroko założył, że mężczyzna jest od nich starszy, bo na takiego właśnie Nazywam się Kuroko Tetsuya. Jestem tym nieszczęśnikiem, o którym, zdaje się, wspominał ci Kagami-kun. – „Kagami-kun”?- Himuro zerknął z uśmiechem na Jeśli dobrze kojarzę, byliście kiedyś parą? – Tak – odparł spokojnie Stare dzieje... – Nigdy nie zwracaliśmy się do siebie po imieniu – wyjaśnił Kagami, rumieniąc się lekko i przecierając dłonią A Kuroko już tak ma, że do wszystkich zwraca się grzecznościowo... – Ahh, już rozumiem!- Himuro uśmiechnął się szerzej, znów odwracając do Usiądźmy, Kuroko. Taiga już jakiś czas temu opowiadał mi o nieprzyjemnościach, jakie cię spotkały. Akashi Seijuurou, co? Czołówka Czarnej Himuro zajął miejsce przy stoliku, dosuwając sobie Zanim poznałem Taigę, był nawet moim celem, ale ciężko było trafić na jego ślad. Więc to dlatego był taki nieuchwytny. Podążał za tobą. – Nie mów tak, jakby to była jego wina – skarcił go łagodnie Kuroko niczym nie zawinił. To Akashi jest popieprzony. – W to nie wątpię – westchnął Tatsuya, upijając łyk Czyli Akashi kieruje się jednak jakimiś motywami?- zapytał, patrząc z powagą na Pozbywa się osób mających jakikolwiek związek z tobą, czy może po prostu zabawia się po drodze, goniąc za tobą? – I jedno i drugie – mruknął w odpowiedzi Kuroko, spuszczając Zaczęło się od mordowania moich bliskich... a potem, podczas ścigania mnie, ofiarą padał każdy, kto miał ze mną jakikolwiek bliższy kontakt. – Opowiedz mi o wszystkim, Kuroko – poprosił Od deski, do deski: jak to się wszystko zaczęło, dlaczego się zaczęło, jak wyglądało dotychczas twoje uciekanie. Powiedz mi wszystko, co wiesz o Akashim Seijuurou. – Jaki w tym sens, Himuro-san?- zapytał spokojnie Przecież to nie tak, że jeśli dowiesz się tego wszystkiego, znajdziesz sposób na to, by go złapać. – Nie chcesz, żeby został złapany? – Chcę – odparł Chciałbym w końcu zaznać spokoju w życiu. Ale wiem, jaki jest Akashi-kun i wiem, że bez względu na wszystko nikt z nim nie wygra. – Może odnosisz takie wrażenie, ponieważ przywykłeś do przegrywania z nim – powiedział Tatsuya. Miałem już do czynienia z nie jednym psychopatą i każdy jeden był niebezpieczny, ale, jak zapewne możesz wywnioskować z faktu, że siedzę tu teraz z wami, każde starcie wygrałem. Z Akashim był o tyle problem, że nie znałem jego portretu psychologicznego. Nikt nic o nim nie wie, prócz tych oczywistych faktów, takich jak ten, że przed wojną skończył dobre studia i został dyrektorem firmy ubezpieczeniowej, miał słabe kontakty z ojcem, a także sypiał ze swoją sekretarką. Kuroko przełknął ciężko ślinę i zacisnął lekko dłonie na swoim kubku. Nadia. Tak miała na imię sekretarka, z którą Akashi sypiał. Tak miała na imię ta, która przyczyniła się do ich rozstania. Tak miała na imię pierwsza ofiara Seijuurou. Tetsuya nigdy w życiu nikogo nienawidził tak bardzo, jak jej. Nawet, jeśli było mu jej żal z powodu okrutnej śmierci, jaka ją spotkała. – Jesteś tak naprawdę jedyną pozostałą przy życiu osobą, która zna Akashiego Seijuurou – ciągnął dalej Jedyną, która zna go najlepiej. Bo przecież mieszkałeś z nim, prawda? Byliście parą, więc z pewnością wiesz, jaki Akashi Seijuurou był prywatnie; czy pokazywał inną twarz? Może bił cię, poniewierał tobą, albo groził? Kuroko aż się uśmiechnął, kręcąc głową. Rozbawienie jednak szybko minęło, kiedy przypomniał sobie chwile, kiedy dzwoniła komórka Akashiego, a on, zamiast zwyczajowo odebrać telefon, wyciszał dźwięki; jego wymijające odpowiedzi na pytanie, kto dzwonił, kto pisał, czego chciał. Tetsuyę czasem to irytowało, czasem bardzo złościło, ale ufał swojemu chłopakowi. Był mu ślepo oddany. – Nie robił nic takiego – odpowiedział Kuroko na pytanie Akashi-kun był aniołem. Nigdy mnie nie skrzywdził; nie potrafiliśmy się nawet kłócić. Czasem dochodziło tylko do niewinnych sprzeczek, ale szybko odchodziły w zapomnienie. I, zanim coś zasugerujesz, Himuro-san: Akashi-kun nie miał wówczas żadnej ukrytej natury. Średnio lubił horrory, nie ekscytowały go żadne krwawe sceny, nie interesował się mordercami i psychopatami. Jego myśli pochłaniała praca i zwykłe, codzienne życie ze mną. On... on nigdy mnie nawet nie obraził. – Wobec czego jak to się stało, że zaczął cię ścigać? Jak to się stało, że zaczął mordować? Kuroko milczał przez chwilę, zbierając myśli. Tyle razy przez to przechodził. Tylu ludziom, którzy chcieli w mniejszym czy większym stopniu pomóc mu, opowiadał o sobie i o tym, jak doszło do tego, że przestał być panem własnego życia. Każda z tych osób już nie żyła. Czy jeśli powie teraz Kagamiemu i Himuro swoją historię, zmieni to coś? Czy niespodziewanie znajdą rozwiązanie i uratują Tetsuyę? Ale kosztem czego? Kagami może zginąć. Himuro również może utracić życie. Jeśli i oni zostaną zabici, Kuroko nie będzie miał już nikogo. Do tej pory pocieszał się chociaż myślą, że Taiga był jedyną osobą, jakiej Akashi nie zdołał mu odebrać. A teraz... – Wiem, co myślisz, Kuroko – powiedział nagle Martwisz się o mnie, martwisz się, że zginie też mój chłopak. Ale jeśli nie zaryzykujemy teraz całą trójką, to co ci pozostanie? Dalej uciekać i dalej zostawiać za sobą trupy? Masz niepowtarzalną okazję nie, żeby wykorzystać kogoś do pomocy, ale żeby skorzystać z czyichś dobrych chęci. Przestań się tak uparcie opierać i pozwól nam ci pomóc. – Nie masz pojęcia, ilu ludzi już próbowało, Kagami-kun...- westchnął Kuroko. – Tak, tak, i każdy zginął – westchnął również Ale ja i Tatsuya póki co nie ruszamy się z Japonii. Kiedy Akashi się tutaj zjawi, a na pewno się zjawi... to chcemy być gotowi. Pomóż nam, Kuroko. Nie tyle dla siebie, co dla reszty społeczeństwa. Trzeba ubić tego dupka, wykorzystać każdą szansę, jaką dostaniemy. Ty jesteś naszą najlepszą. – Naprawdę wierzycie, że to się uda?- nie dowierzał Sądzicie, że uda wam się przechytrzyć Akashiego-kun? – Wystarczy, że doprowadzimy do jakiegokolwiek starcia – powiedział Nas jest trzech, on jest tylko jeden. – Akashi-kun pozbywał się w pojedynkę większych, bardziej zorganizowanych grup – mruknął Ale dobrze, niech będzie. Opowiem wam wszystko, co wiem o Akashim-kun, choć nie sądzę, by cokolwiek z tych informacji miało was natchnąć. – Przekonajmy się – powiedział Himuro, uśmiechając się lekko do Kuroko. Tetsuya spojrzał na niego z odrobiną zrezygnowania. Wziął głęboki oddech a potem wypuścił go powoli. Zaczął swoją opowieść.
Długo zastanawialiśmy się z Martą za jaką toplistę wziąć się tym razem. Uznaliśmy, że pogoda ładna, czasu nie ma specjalnie dużo, myśleć się nie chce i warto by opisać filmy bezdennie głupie, ale w swoim gatunku charyzmatyczne, przebojowe i efektowne. Wpadliśmy więc na pomysł TOP 10, która opisze serie, w naszym mniemaniu bliźniaczo podobne do Szybkich i Wściekłych. Ma być bez sensu, ale za to z rozmachem. Ważnym czynnikiem jest też definiowanie swojego gatunku na nowo, przekraczanie ogólnie przyjętych granic. Aby ułatwić sobie nieco zadanie przy wyborze perfekcyjnej dziesiątki przyjęliśmy jeszcze jeden aspekt: muszą istnieć minimum trzy filmy z danej serii. Mam nadzieję, że udało nam się w tej topce zebrać największe perełki, które z pewnością pozwolą Wam fajnie i beztrosko spędzić kilka wieczorów. Kolejność nie odzwierciedla tego co o danych produkcjach myślimy i jest przypadkowa. Natomiast tak jak zawsze ja zabrałem się za stworzenie miejsc parzystych, a Marta nieparzystych. Zajrzyjcie koniecznie na jej Twittera – jest specjalistką od filmów, a już najbardziej tych z gatunku „grozy”. Wciągnijcie ją kiedyś do rozmowy, a nie pożałujecie. Mnie również znajdziecie na Twitterze, na moim blogowym fanpage’u oraz na Instagramie. Zapraszamy do kontaktu i zostawiania komentarzy! 10. Pitch Perfect Gdy chodzi o pomysł na serię głupią, bezsensowną i okropną nawet na papierze, to nic nie przychodzi mi do głowy szybciej niż Pitch Perfect. Jeśli z jakiegoś powodu Waszym pierwszym skojarzeniem jest twarz Vin Diesela czy sama postać Riddicka – to nigdy nie byliście w większym błędzie. Pitch Perfect opowiada o żeńskim zespole śpiewającym acapella czyli bez muzyki. Chociaż może nie do końca, gdyż chodzi o brak muzyki instrumentalnej, a same członkinie coś tam sobie buczą czy beatboxują. Wspomniane dziewczyny (z główną rolą Anny Kendrick) występują w rozmaitych konkursach – i mniej więcej na tego typu rywalizacji opiera się każdy z filmów. No więc na tym kończy się fabuła, a jakieś niesnaski, miłostki i inne tego typu atrakcje mało kogo w tej serii obchodzą i w sumie nie mają żadnego znaczenia. Wykonywane utwory to najczęściej covery znanych i lubianych szlagierów, które na bank znacie z radia. Jeśli oglądaliście kiedyś serialowe Glee i brakuje Wam muzycznych produkcji o niczym – Pitch Perfect to trzy durne (ale niezłe!) filmidła z niesamowitą ścieżką dźwiękową. Mam przeczucie, że seria na trójce się nie skończy, więc jak najszybciej zacznijcie nadrabiać zanim kolejna część wyląduje w kinach! 9. American Pie American Pie? Klasyka młodzieżowej komedii czy tego chcemy czy nie. Powstało już pewnie jakieś milion kolejnych części, ale tutaj pragnę wyróżnić jedynie główne, jeszcze ze “starą” ekipą. Ja wiem, że to jest złe, tandetne, a pewnie niejeden psycholog powiedziałby też, że szkodliwe. Żarty są tanie, seks wyjątkowo przerysowany, a bohaterowie niesamowicie durnowaci. Przy tym wszystkim, cała seria to jednak fajne i szczere kumpelskie kino o grupce popieprzonych znajomych oraz ich zmaganiach u progu dorosłości. Z dziewczynami, kumplami i tym dziwnym mitycznym seksem. Rozczula zwłaszcza plejada postaci: jeden w ogóle nie radzi sobie w sprawach damsko-męskich, drugi dziewczyny zmienia jak rękawiczki, a jeszcze inny marzy o seksownej matce swojego kumpla, prawdziwej kobiecie idealnej. Śmiem twierdzić, że zwariowana amerykańska seria, wzbogaciła edukację seksualną kolejnego pokolenia dorastających widzów, bardziej niż niejedna jej lekcja w szkole. Dziś kiedy tego typu historie dostajemy na każdym kroku i w każdej formie, historia młodego chłopaka i jego szarlotki raczej nie miałaby racji bytu. Magia sentymentu wciąż jednak działa, więc powtórkowe seanse pierwszych części to nie tylko dużo niewybrednej rozrywki, ale i wspomnienia czasów, kiedy wszystko było nowe, a świat stał przed nami otworem, zapraszając do poznania jego najbardziej pikantnych tajemnic 🙂 8. Droga bez powrotu Początkowo “Droga bez powrotu” nawet straszyła, a przede wszystkim miała ambicje na zostanie dobrym, długo zapamiętanym slasherem o kanibalach i grupie niezbyt okrzesanych turystów. Jeśli o o mnie chodzi to kupiłem w ciemno całą formułę: gęsty las, zepsute samochody, opuszczone chatki i trójkę zmutowanych wieśniaków, która gania z łukiem czy siekierką głównych, obowiązkowo niezbyt mądrych bohaterów. Dwie późniejsze wariacje (więźniowie z zepsutego autobusu oraz.. survivalowe reality show) trzymały poziom, aczkolwiek dawały bardzo wyraźny sygnał, że coś tu zaczyna być nie tak i należy uważać. Dziś “Droga bez powrotu” to 6 coraz głupszych części, które z butelką piwa i dużą paczką chipsów ogląda się jak w hipnozie (ale nie jak w Hipnozie od TVNu, nienienie). W momencie, gdy dystrybucja tych niezwykłych horrorów wyskoczyła z kina i została skierowana wyłącznie na rynki DVD, a dodatkowo kolejne filmy zostały niejako obiecane rokrocznie na każde kolejne Halloween – osobiście byłem wniebowzięty. Pamiętam jak siadaliśmy z młodszym bratem przed TV, wrzucaliśmy krążek do wiekowego już odtwarzacza i przez dokładnie półtorej godziny delektowaliśmy się coraz to durniejszym festiwalem zboczeń i coraz śmielej przegiętych morderstw. I było fajnie, bo rozrywkę otrzymywaliśmy w stałym przedziale czasowym i na najniższym poziomie (w slasherach to czasami ważne!). Niestety od 2014 roku w temacie kanibali zapanowała wyjątkowa cisza, a kolejnych części ani widu ani słychu. Aczkolwiek miejsce na tej liście Droga bez powrotu zajmuje iście zaszczytne – seria co prawda nie jest tak kultowa jak wszystkie Jasony, albo inne Koszmary z Ulicy Wiązów, ale warta sprawdzenia – koniecznie przy piwku, a jeszcze lepiej w grupie. Dla mnie (i wiem, że dla Marty też) absolutne mistrzostwo taniości i tandety. 7. Naga broń Klasyka amerykańskiej komedii, spod ręki niepowtarzalnego Davida Zuckera. Mimo że dowcip w wykonaniu Franka Drebina, według dzisiejszych prawideł – nazwalibyśmy wyjątkowo suchym – nie sposób nie śmiać się podczas seansu każdej kolejnej części. Nie psuje tego nawet fakt, iż w jednej z bardziej poczciwych ról pojawia się sam Simpson. Dokładnie ten Simpson! Motorem napędowym serii są jednak nie tyle suche żarty, co bezczelne i bezkompromisowe wyśmiewanie dóbr popkultury czy ówczesnego kina. Dostaje się każdemu i to jak najmocniej się da. Dla twórców nie ma żadnych świętości, więc z każdej strony obrywają najbardziej lubiane i popularne hity. Wyłapywanie co lepszych smaczków i nawiązań, może więc sprawiać nie lada frajdę miłośnikom amerykańskiego kina. Można się co prawda czepiać, zarzucać serii wyjątkowo durne poczucie humoru, seksistowskie żarty i rozpoczęcie mody na głupawe komedie, ale jedno trzeba twórcom przyznać: niewielu naśladowców potrafiło w kolejnych latach w sposób równie błyskotliwy co zgryźliwy nabijać się z kina i naszych przyzwyczajeń. (Jeśli mało Wam idiotycznego humoru to Naga Broń była również serialem o nazwie Police Squad dop. Piotrek) 6. XXX Wiem o czym pomyśleliście, ale niestety nie opisuje w tym miejscu losowego filmu pocieranego czy innej produkcji oralnego niepokoju. XXX to klasyka dobrej bitki z niezastąpionym i nabuzowanym niczym ruski traktor Vin Diesel’em. Całość kręci się wokół szybkich samochodów, szybkich kobiet i jeszcze szybszych sportów ekstremalnych. W kilku słowach wszystko wybucha, ludzie skaczą ze spadochronu, aby tłuc się w powietrzu z innymi ludźmi, a główny bohater promuje tylko dobre amerykańskie wartości. Jeśli seria o Bondzie jest dla Was zbyt nudna, a Johny English z Jasiem Fasolą zbyt głupi – sprawdźcie co robią nasterydowani agenci specjalni w serii dla prawdziwych mężczyzn. Trzy filmy, z czego najnowszy (i najlepszy) z 2017 roku. Ja chociaż początkowo sceptyczny – dziś mam ochotę na więcej, lepiej i mocniej! Obyśmy się doczekali kolejnych przygód niestrudzonego zabijaki! 5. Noc oczyszczenia Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, co bardziej zasługuje na miejsce na tej liście? Piła, czy może Noc Oczyszczenia? Obydwa tytuły bazują na wyjątkowo krwawych i wymyślnych scenach tortur i morderstw, jako pretekst wykorzystując całkiem ciekawy pomysł fabularny. W Pile jest to wątek ponoszenia odpowiedzialności za to jaki mamy wpływ na swoje życie i życie postronnych osób, w Nocy… trochę niewygodna prawda o tym, że w sumie to nie wiemy do czego bylibyśmy zdolni, gdyby nie ograniczało nas prawo. Ostatecznie postawiłam na ten drugi tytuł, nie tylko ze względu na pomysłowy motyw przewodni, ale i ogólne wykonanie. Noc oczyszczenia to nie tylko szpila wbita w nasze poczucie bezpieczeństwa, ale i bajeczna, nieco cyrkowa forma. Mroczne, groteskowe maski, które przywdziewają obywatele wyruszający na łowy, podrasowane samochody i ogólny klimat makabrycznego przedstawienia, to mocne strony każdej kolejnej części. Pierwsza z nich była dość skromnym dramatem rodzinnym, w którym estetyka filmów home invasion, dopiero zaczynała zmierzać w mocno przerysowane tony, które stały się udziałem kolejnych części. Dziś dostajemy już prawdziwą jazdę bez trzymanki, bo obywatele Stanów Zjednoczonych wręcz prześcigają się w wymyślaniu co bardziej kuriozalnego sposobu zgładzenia najbardziej wkurwiających ludzi w swoim otoczeniu. Skoro prawo na to pozwala, to dlaczego by nie skorzystać ;)? 4. HAROLD I KUMAR TRYLOGIA Harold i Kumar to seria odrobinę zapomniana, a przez wielu z Was całkowicie pominięta. Bo przyznajcie szczerze: ilu z Was drodzy czytelnicy słyszy o niej pierwszy raz? A tymczasem mamy tu do czynienia z całkiem niezłą trylogią, która generalnie opiera się głównie na jaraniu blantów. Już pierwsza część czyli „O dwóch takich, co poszli w miasto” nie jest zbyt inteligentna – dwóch nastukanych pod korek koleżków widzi w telewizji reklamę White Castle – hamburgerowni z uroczymi malutkimi burgerami. Postanawiają za wszelką cenę tam dotrzeć i ugasić swoją rosnącą gastrofazę, a podczas wędrówki czeka ich oczywiście całe morze niedorzecznych przygód. Kawały o gejach, fiutach, dupach, zielsku i rasizm? Zapraszamy na seans! Najjaśniejszą częścią całej filmowej serii jest Neil Patrick Harris (który wtedy jeszcze był na topie dzięki roli Barneya z Jak Poznałem Waszą Matkę). Neil gra trochę samego siebie, a trochę wspomnianego Barneya w nieludzko podrasowanej wersji czyli ćpuna, zboczeńca i ostrego ruchacza. Cała seria liczy trzy filmy, oprócz wspomnianego „wyjścia w miasto” są jeszcze „Harold i Kumar uciekają z Guantanamo” oraz „Harold i Kumar 3D: Spalone święta”. I chociaż ostatni film nie jest moim ulubionym, bo gwiazdkowe produkcje zwykle mnie odrzucają – gdzie indziej zobaczycie Świętego Mikołaja nafaszerowanego śrutem ze strzelby? Oj, scenarzyści byli chyba bardzo niegrzeczni w tamtym roku. Seria idealna do pośmiania się w małej grupce, albo spokojnego wieczoru z blantem czy obowiązkowo schłodzonym piwkiem. Jestem pewien, że większości z Was się spodoba. Tylko nie na trzeźwo! Nie wolno! 3. Oszukać przeznaczenie Jedna z najbardziej pomysłowych filmowych serii EVER. Mimo że każda kolejna część była już odrobinę słabsza, to jednak wszystkie oglądało się ze sporą przyjemnością. Gratką dla wiernych miłośników serii były różne smaczki i nawiązania do poszczególnych odsłon, pojawiające się tonami w każdym kolejnym filmie. Przykładowo finałowy twist w piątej odsłonie, z pewnością zaskoczyłby niejednego widza nawet i dziś, a jak wiemy lęk przed śmiercią i jej nieuchronność nie znają granic. Twórcom przez długi czas udawało się bezbłędnie utrzymać zainteresowanie widza pomysłowymi zwrotami akcji i tajemniczą atmosferą. Dorastający miłośnicy horrorów mogli również utożsamiać się z nastoletnimi bohaterami i kibicować w walce z tak trudnym przeciwnikiem jakim jest dla każdego z nas przeznaczenie. Co tu dużo mówić, magia sentymentu i wspomnień trwa do dziś, a wracanie po latach do poszczególnych produkcji z tej serii to nadal przepyszna zabawa. I jeśli chwilę się nad tym zastanowić – drugiej takiej horrorowej epopei nie ma i pewnie już nigdy nie będzie. 2. Step-UP Rozmawiając z Martą o niniejszej TOP Liście kierowaliśmy się wspomnianym już wcześniej kryterium: seria o której piszemy to Szybcy i Wściekli swojego gatunku, absolutny fenomen i nowa jakość. Tak więc nie mogło zabraknąć tu najsłynniejszej serii tanecznej, która w moim odczuciu zrewolucjonizowała i przeniosła na nowy poziom produkcje muzyczne. Seria Step-Up to prosta, ale efektowna fabuła, w której przeplatają się: taniec, miłość, taniec, zdrada, taniec i jakiś wielki konkurs tańca. To także wypalająca oczy choreografia (chociaż moim zdaniem dopiero od Step UP 3D) i niezwykłe pokazy giętkości pięknych i młodych tancerzy. W serii tej dominuje hip-hop i street dance, ale nie zabrakło też baletu, tańca towarzyskiego czy gorących latynoskich rytmów. Rozrywka totalnie odmóżdżająca, wspaniała graficznie i zniewalająca ruchowo. Nie liczcie więc na cytowanie szekspira, ale na mnóstwo kolorowego tańca – niekiedy przeczącego wszystkim prawom fizyki. Seria Step-Up liczy obecnie pięć części, niestety od 2014 roku nie pojawiły się plany, ani zapowiedzi kolejnych. Ja jednak mam nadzieję, że moje ulubione produkcje taneczne nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Bo liczne podróby jak Honey czy Street Dance są niestety całe lata świetlne za tymi niezwykle głupimi, ale efektownymi produkcjami. 1. Szybcy i wściekli Pierwszy tytuł jaki przychodzi mi do głowy na myśl o głupawych seriach, przy których człowiek śmieje się jak prosię to właśnie Fast and Furious. Seksowne laski, twardzi faceci, zajebiste fury i ekstra plenery. A do tego bezkresne morze suchych one-linerów i absurdalnych sytuacji. Czego chcieć więcej! Cała seria o szybkich i wściekłych to prawdziwe uosobienie rozrywki, o której wstydzimy się powiedzieć, że nas rajcuje. Wobec każdej kolejnej pojawiającej się części, nie mam najmniejszych oczekiwań, dlatego zawsze bawię się świetnie. Kto myśli o prawach fizyki, gdy w bajecznych plenerach ścigają się najpiękniejsze auta świata, kierowane przez największych twardzieli kina akcji lub ich równie bezkompromisowe towarzyszki? Bo wbrew pozorom, cała seria, to nie tylko parada falujących biustów i pośladków, ale i świetne kobiece postaci, które w niczym nie ustępują facetom. Gal Gadot była prawdziwą twardzielką już przed przywdzianiem kostiumu Wonder Woman! A Michelle Rodriguez? Która z nas nie chciałaby każdego problemu traktować z buta tak jak ona? Ale nie bawmy się w głębsze interpretacje i doszukiwanie się sensu. Szybcy i Wściekli to przede wszystkim wyśmienita, kolorowa, energetyczna, pulsująca wysokimi temperaturami rozrywka, przy której łatwo zapomnieć o bożym świecie. Kto by się przejmował jakimiś drobiazgami, gdy niektórych życie pełne jest problemów w stylu: jak bezpiecznie zaparkować samochodem, który właśnie wyskoczył z bajecznie eleganckiego wieżowca.
STAR WARS: HOLIDAY SPECIAL Jest w internecie jeden taki typek, który nieustannie męczył mnie, bym z heroizmem godnym krzyżowca wyrzynającego niewiernych, opisał plugastwo, którego recenzje właśnie podziwiacie. I od razu powiem wam, że było źle. Po pierwszych dziesięciu minutach ser spleśniał mi w lodówce, później usłyszałem rytmiczne pukanie do drzwi, w których ujrzałem ogłuszonego przez dialogi z filmu listonosza. Tego, co działo się z moimi skarpetkami nie będę nawet opisywał, dzieci mogą to czytać. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy gwiezdny awanturnik, Hans Klops Z Solą oraz jego włochaty przydupas zostają zaatakowani przez flotę, składającą się z samych pacanów. Za diabły nie mogą dobrze trafić Sokoła Multiwitaminium, ale przez ową batalię, chłopaki prawdopodobnie spóźnią się na święta do domu czupakabrów… czubaków? Tych wielkich stworów wyglądających jak Lessie na dwóch nogach. Gdy po gościach ani widu ani słychu, matula kosmatej rodziny zaczyna wydzwaniać do różnych, znanych z oryginalnego filmu person. Jest tam Skywalker, jego królewska siora, Jeff Vader, Shredder oraz niejaki Popek, kretyn po trepanacji czaszki. W między czasie widzimy psychodelicznych mikro cyrkowców, podziwiamy nic nie znaczące ryki rodziny włochatych kolosów (bardzo długa scena), później orani jesteśmy koszmarnie wyglądającą kreskówką, w którym pierwsze skrzypce gra Bobba Friut i jesteśmy świadkami ataku nazistów na dom Ewooków… to ci wielcy i kosmaci? Nie chce mi się sprawdzać w Google. Film ten jest jedną wielką kpiną. Kpiną z fanów Star Wars, kpiną z sagi (którą widziałem raz, byleby widzieć o co chodzi) i kpiną z polskich drogowców. Wymęczyłem się na tym potwornie, a typek, który zmusił mnie do obejrzenia tego szajsu, już teraz dumnie służy jako flaga na maszcie piratów. Bierzcie z gościa przykład i czujcie się ostrzeżeni. Dla zainteresowanych: Cały film Werdykt:
ani widu ani słychu cały film